Wysoki Sądzie!

Jako pełnomocnik pokrzywdzonego Waldemara Chrostowskiego pragnę Sądowi przedstawić bogatą problematykę prawną niniejszej sprawy, która wymaga systematyzacji. Chcę zająć się aspektem kryminalnym zdarzenia. Chodzi o to, aby w miarę możliwości przyczynić się, ułatwić Sądowi w sposób maksymalny stosowanie prawa. Oczywiście, występuje w tej wielkiej sprawie cały szereg problemów, pośrednio związanych z przedmiotem zarzutu, o których to sprawach można by wiele mówić, nadużywając prawa i tej sali do różnych celów, z czym notabene mieliśmy do czynienia w dniu wczorajszym. Chcę tu, jako adwokat, służyć prawu. Może to będzie czasami nużące, specjalistyczne, ale cóż: taki jest mój obowiązek. Tak więc należy zająć się kolejno współsprawstwem, winą, kwalifikacją prawną, a wszystko to przedstawiał będę w aspekcie materialnej istoty przestępstwa, jaką jest społeczne niebezpieczeństwo czynu.

Na przełomie września i października 1984 r. oskarżeni Piotrowski, Pękala i Chmielewski, funkcjonariusze MSW, realizują porozumienie mające cechy porozumienia co do dokonania przestępstwa. Wszyscy wyrażają zgodę na uczestniczenie w działaniach sprzecznych z prawem, a przedmiotem tego przestępczego porozumienia są dobra osobiste księdza Jerzego Popiełuszki i towarzyszącego mu Waldemara Chrostowskiego. Zostaje zrealizowany podstawowy element do konstrukcji współsprawstwa w rozumieniu art. 16 k.k. Ma to istotne znaczenie, albowiem w tym momencie rozważań mniej istotne stają się czynności wykonawcze każdego z oskarżonych. Każdy z nich wyraża zgodę na osobistą partycypację w tak zwanej „akcji”, mającej na celu bezprawne naruszenie dóbr osobistych księdza Jerzego Popiełuszki i Waldemara Chrostowskiego. Już istnieje porozumienie między oskarżonymi, mające charakter zawartego zbrodniczego paktu (pactum sceleria).

Oskarżony Pękala kwituje w wyjaśnieniach ten okres: „Ja, po zastanowieniu się, doszedłem do wniosku, że to może być ważna sprawa w moim życiu” i dalej dodaje: „Miałem wrażenie, że biorę udział w wielkim zadaniu, głęboko byłem przekonany o słuszności swego działania”. To ważne wypowiedzi. Mówią one o pełnej świadomości, precyzyjnym porozumieniu i – o zgrozo! – zbrodnicze, przestępcze działanie urasta w jego świadomości do wielkiego działania, traktowanego w kategoriach czynności służbowych.

Co do jakich działań nastąpiło porozumienie? Możemy na podstawie wyjaśnień i innych dowodów stwierdzić, iż było to porozumienie obejmujące tak przestępstwo z art. 165 § 2 k.k., jak i przestępstwo z art. 148 § 1 k.k. Świadczą o tym wypowiedzi oskarżonych oraz narzędzia, jakie zostały użyte do dokonania przestępstwa. Były to narzędzia tak do uprowadzenia, jak i do zabijania. Porozumienie to zostało zrealizowane w pełni. Martwego Kapłana znaleziono w zbiorniku wodnym, a Chrostowski ratuje się, narażając własne życie. Tak więc porozumienie to zostało wypełnione treścią przestępczego działania. Mamy więc dokonanie przestępstwa i usiłowanie w ramach współsprawstwa, co wypełnia dyspozycje art. 16 k.k. Traktować więc będę działania oskarżonych w dalszych rozważaniach jako wspólne, uzgodnione przedsięwzięcie, wypełniające dyspozycje art. 165 § 2 i 148 § 1 k.k.

Działanie każdego z oskarżonych było uzupełnieniem działań innych. A wspólna suma działań była konieczna dla skutków w postaci wypełnienia dyspozycji norm prawem karnym przewidzianych.

Jaki był plan? Jaki miał być efekt tych porozumień? Mówi o tym oskarżony Pękala: „O tym, że plan zakładał najgorsze, wiedziałem”. Tak więc plan zakładał między innymi zgładzenie Księdza, zakładał najgorsze – to znaczy śmierć. Tak należy stawiać problem, ponieważ oskarżeni nie podali choć w formie szczątkowej, co mieli zamiar uczynić z porwanym i maltretowanym Księdzem i Waldemarem Chrostowskim. Mówienie o jakimś mglistym pozostawieniu w lesie po zakneblowaniu i związaniu jest nie do zaakceptowania, ponieważ nie znamy ich planu dalej. Co dalej? Kto miał zmaltretowanego Kapłana, na granicy wytrzymałości fizycznej, przejąć? Uwolnić? Co z Chrostowskim? To przecież żyjący świadek kryminalnych ekscesów. Należy więc tezy oskarżonych odrzucić, ponieważ nie ma logicznej i przekonywającej argumentacji.

Jeszcze jedno pytanie, niestety bez odpowiedzi: Jaki miał być nie efekt kryminalnego działania, ale jaki miał być cel „akcji”? Jakie elementy prakseologiczne towarzyszyły tej zbrodniczej akcji? Czy tylko celem była fizyczna likwidacja Księdza? Czy też poziom umysłowy oskarżonych musiał zakładać wstrząs umysłów i serc w społeczeństwie? Czy była to wielka groźna prowokacja mająca na celu zachwianie ładem społecznym o nieobliczalnych dla Narodu skutkach? Pękala twierdził, „że miał świadomość, że bierze udział wielkim zadaniu”. Coś w tym jest. To było wielkie zbrodnicze zadanie, które mogło wywołać zagrożenie stabilności struktur społecznych. Lecz kto miał zbierać profity? Nie poznaliśmy prawdy, co miało być nie tyle efektem porozumienia kryminalnego, ale celem tzw. „akcji”. Powiedzmy wyraźnie: czy można sobie wyobrazić większy stopień społecznego niebezpieczeństwa czynu? Wykracza on bowiem poza dyspozycję art. 148 k.k., który statuuje działanie przez sankcje jako posiadające największy ładunek niebezpieczeństwa społecznego. Przecież następstwa tej tzw. „akcji” wykraczają poza jednostkową tragedię, poza zakres dobra chronionego tym przepisem. To może być tu przed Sądem stawiane jako fakt, który oskarżeni musieli przewidywać w aspekcie społecznego zagrożenia. I ocenione jednoznacznie.

W tym miejscu dotknijmy jeszcze jednego zagadnienia. Traktujmy w tej poważnej sprawie wyjaśnienia oskarżonych bardzo poważnie, aby nie było tu żadnych wątpliwości. Otóż jeden z oskarżonych postawił tezę o działaniu bezprawnym, by ratować prawo. Powiedział on: „Gdyby prawo było prawem dla wszystkich, nie znalazłbym się na ławie oskarżonych”. Potraktujmy to przez moment poważnie. Otóż pytanie podstawowe: jakie to wartości chcieli uratować oskarżeni, maltretując księdza Popiełuszkę i porywając Waldemara Chrostowskiego? Jakie to wartości chcieli wnieść do życia społecznego? Jaki nowy wspaniały świat chcieli kreować swym przestępczym działaniem? Stan wyższej konieczności jako obrona? Czy można choć na moment wejść w ten absurd? Czy wobec szacunku dla ludzkiego istnienia taka obrona ma tutaj jakąkolwiek wartość? Czy nie jest przerażające, że jedna z najbardziej humanitarnych instytucji prawa karnego materialnego, jakim jest stan wyższej konieczności, zostaje wprowadzona dla osłony czystego, zaplanowanego przestępczego działania? Jaką wartość chcieli uratować, narażając życie dwóch osób i wstrząsając opinią społeczną? Wartością tą miały być, proszę Sądu, wiara w swoją totalną nieomylność i władzę – my tu jesteśmy sędziami i prawem. W nocy pałkami regulujemy stosunki społeczne.

Tu na sali powiedziano pośrednio: Sejm nierozsądny, ponieważ uchwalił amnestię. Najwyżsi przełożeni – to nieskuteczne, ponieważ ignorują nasze inicjatywy. Część hierarchii kościelnej – to grupa nieodpowiedzialnych ludzi dotkniętych moralnym upadkiem. Tak więc my przychodzimy na ratunek. Nasze poglądy, nasza wizja społeczeństwa i nasze pałki!

Jest to więc nie obrona prawa, ale totalne nadużycie w obronie prawa i nadużycie zaufania społecznego do funkcji publicznych, jakie pełnili. To też jest komponent do oceny społecznego niebezpieczeństwa czynu. Czy w takim stawianiu problematyki przez podsądnego nie tkwi pasjonujący element podmiotowy przestępstwa, mający wpływ na orzeczenie finalne? Brak poczucia winy przy specyficznym poczuciu wyrządzonej krzywdy.

Jeden z oskarżonych mówi o współczuciu osobom, które zostały dotknięte zbrodnią. Mówi o kolegach z ławy oskarżonych i o rodzinie ofiary. Twierdzi jednocześnie, że czynił to z przyczyn, które go do tego zmusiły. Przyczyny te, w jego odczuciu, to: bezwład, nieporządek, bezprawie. Czesław Znamierowski pisał, iż taka sytuacja ma miejsce wówczas, gdy nie dojdzie do głosu uczucie o szerszym zasięgu – uczucie wyższe, która to sytuacja by uprawdopodobniła, iż nie jest ona rzeczywistym sprawcą. Tu, na tej sali, spotkaliśmy się z ogromną figurą tego rodzaju. Jeden z podsądnych winą obciąża ofiarę zbrodniczego aktu oraz instytucje organizujące życie społeczne. Nazywamy to niekiedy dysocjalnością. Ważne to stwierdzenie, jak myślę, przy konstatacjach służących orzeczeniu końcowemu.

Obecnie mam obowiązek zająć się dość bogatym aspektem wynikającym z art. 7 k.k. – a więc winą. Będę mówił konkretnie i bez zbędnych niuansów. Czy oskarżeni działali w zamiarze bezpośrednim czy ewentualnym? Czy może mamy do czynienia z przypadkiem winy kombinowanej? Tak trzeba stawiać te problemy, aby nie było wątpliwości. Tak więc, aby nie było wątpliwości, sięgnąć trzeba tak do podstaw doktrynalnych, jak i jurydystycznych. Wiemy, iż konstrukcja winy w art. 7 polskiego kodeksu karnego skłania się w kodeksowej postaci ku normatywnej teorii winy. Jest to uzupełnione teorią psychologiczną i innymi, również przez judykaturę. Profesor Władysław Wolter pisał, że jego zdaniem na gruncie polskiego kodeksu karnego funkcjonuje normatywna teoria winy. Te uwagi pozornie teoretyczne mają istotne znaczenie w niniejszej sprawie. Na gruncie powyższej koncepcji zmuszeni bowiem jesteśmy do postawienia wstępnego pytania, które oczyszcza przedpole do dalszych rozważań. Czy sprawcy mogli zadecydować inaczej? Czy od sprawców można – rebus sic stantibus – wymagać, aby nie mieli oni zamiaru wywołać skutków przestępczych? Otóż ważne to dla dalszych rozważań, albowiem ta furtka do dalszych rozważań już dzielących zamiar bezpośredni od ewentualnego w tej sprawie, szczególnie w tej sprawie, otwiera się w pełni.

To właśnie na gruncie tak postawionego pytania dostrzec możemy, jak istotnym elementem jest fakt, iż oskarżeni występowali w zbrodniczym działaniu z dystynkcjami oficerów mających być strażnikami prawa.

Otóż wina oskarżonych jest w pełni zarzucalna. Jako stróże prawa, eksperci od walki z łamaniem prawa mieli szczególne cechy, aby nie wkroczyć w pełni w ramy zawinienia, które opisuje art. 7 k.k. Nie tylko mogli zachować się inaczej, lecz mieli specjalne podmiotowe dane, aby wszystko dokładnie w swej świadomości zarejestrować i przewidzieć. Stali się przestępcami nie z przypadkowych okoliczności, ale ze świadomego, przemyślanego wyboru. Ta wina, operując językiem doktryny, jest zarzucalna. Jest zarzucalna totalnie. Odbiciem w polskim kodeksie karnym tej teorii winy jest koncepcja przestępczego rozkazu. Otóż kto, jak nie oskarżeni – oficerowie, wiedzieli, że nawet wtedy należy zachować się w sposób jednoznaczny, choć w tej sprawie nie ma na to faktycznego wyrazu. Oskarżeni nie mieli zakłóconej sfery woli intelektualnej, jak i fizycznej. Tak, istnieją szczególne okoliczności, by stwierdzić, iż podstawy winy są wyjątkowe. Są szczególnie ważnym elementem w przyjęciu wielkości społecznego niebezpieczeństwa czynu. Widzimy jasno ogrom tego niebezpieczeństwa w tej sprawie. Skłania nas to do postawienia pytań: Z jakiego świata przybyli oskarżeni? Z jakiego systemu wartości? Jaka siatka pojęciowa dotycząca organizacji życia społecznego im towarzyszyła? Dlaczego z taką pogardą odnosili się do instytucji prawnych? Dlaczego przypisują sobie tytuł nie tylko strażników prawa, lecz również źródła interpretacji prawa, więcej, źródła stanowienia prawa? Dotykam tych problemów i stawiam pytania, aby wykazać, z jaką siłą, jaką grubą kreską rysuje się ta normatywna zarzucalność zawinienia. Mówiąc językiem potocznym: jak ta wina jest oczywista i jak wielka.

Wszyscy oskarżeni stawiają problematykę zamiaru dwuznacznie. Otóż konkretnie: oskarżony Pękala twierdzi: „Tak, przyznaję się, ale nikogo nie chciałem zabić osobiście”. Oskarżony Chmielewski – „Nie chciałem nikogo zabić ani dręczyć”. Oskarżony Piotrowski – „Nie chciałem zabijać ani nie usiłowałem zabijać”. Oskarżony Pietruszka – „Nie przyznaję się”.

W jakie prawne figury chcą nas wprowadzić oskarżeni? Chce się zadać pytanie: dlaczego Ksiądz nie żyje? Dlaczego Chrostowski czując, jak to powiedział, „że jest to jego ostatnia droga”, skacze z narażeniem własnego życia? Zastanówmy się więc: czy możemy, idąc tropem, linią obrony oskarżonych, przyjąć, iż nie chcieli oni tych skutków przestępczych? Czy nie chcieli zabić ks. Popiełuszki i Waldemara Chrostowskiego? Odrzucam taką obronę z następujących przyczyn: ze względu na fakty dotyczące przygotowania działania przestępczego oraz z uwagi na okoliczności związane z wykonaniem przestępstwa.

Czy można przyjąć tezę o zamiarze ewentualnym? Sprecyzujmy: o co chodzi w tym tylko godzeniu się przy braku zamiaru w art. 148 k.k.? Chodzi o zabicie. Otóż świadomość może występować w dwóch postaciach: jako świadomość konieczności i nieuchronności (zamiar bezpośredni), urzeczywistnienia zamiaru znamion przestępstwa oraz jako świadomość możliwości nastąpienia znamion przestępstwa. To ważne, bo to rozgranicza przewidywanie od woli dokonania skutków przestępczych.

Otóż czy można przyjąć, że oskarżeni w tych okolicznościach nie mieli świadomości konieczności i nieuchronności nastąpienia skutków z art. 148 k.k.? To jest rozumowanie jedynie możliwe. Brutalizując: jeżeli biję kogoś pałką wielokrotnie w głowę, to muszę mieć świadomość koniecznych skutków. Brak ich może być tylko przypadkowy, regułą – śmierć! Więcej, zabicie człowieka nie musi sprawcy sprawiać przyjemności (jak pisze W. Wolter). Wystarczy do przypisania zamiaru bezpośredniego: świadomość konieczności następstw, a nie możliwość następstwa.

Kiedy zazwyczaj występuje konieczność świadomości następstw? Mówi o tym wielokrotnie judykatura. Ogólnie można to ująć w tezie za Sądem Najwyższym, iż: „powinność i możliwość przewidywania następstw działania sprawcy nie może być oceniana w oderwaniu od konkretnej sytuacji; istotne w tym wypadku jest doświadczenie życiowe sprawców”. Doświadczenia – nie ma co argumentować – od nikogo nie można by wymagać więcej co do świadomości znaczenia podjętych działań jak od oskarżonych. Nawet jeden z nich stwierdził, że pracował jako sanitariusz, oprócz innych zawodowych uwarunkowań. Oskarżeni świadomie używają narzędzi zbrodni pochodzenia służbowego. Używają służbowego samochodu i służbowych pieniędzy. Zabierają ze sobą w tzw. „akcję” sznury, tampony, benzynę (do ewentualnego podpalenia), sporządzają drągi do bicia o średnicy około 4 cm.

Zabierają worki dwa. Zabierają do akcji kamienie. Posiadają broń palną, radiostację, eter, plaster. Wystarczy! Najciekawsze są dla nas worki – dwa! Sprawdzają miejsca. Przerażające: bunkier, most modliński. Ruszają do działań.

Niefortunny 13 października 1984 roku. Przypomnijmy, co powiedział Pękala: „Godziłem się na to, że Ksiądz może umrzeć”. Tak więc przed przystąpieniem do tzw. „akcji” była świadomość wszystkiego, włącznie ze śmiercią.

Czy było to tylko godzenie się? Czy też było to działanie kierunkowe ku śmierci? A inne warianty były przewidywane na wypadek, gdy nie wyjdzie! Oskarżony Piotrowski nazwał swoje działanie i oskarżonych bandytyzmem. Oskarżony Pękala stwierdził, że ewentualnie mieli podpalić samochód benzyną.

Proszę Sądu, stawiam pytanie: Czy to tylko godzenie się na śmierć? Czy po prostu zabijanie? A operując językiem profesora Horoszowskiego – po prostu mordowanie. Czy jeżeli i sprawca chce katastrofy w nocy, na zakręcie, przy 100 km na godzinę i myśli o podpaleniu – co to jest? O co chodzi? Brak wypadku, brak urazów pasażerów i brak podpalenia – to przewidywany brak efektów, bo zamiarem był skutek w postaci śmierci! Oczywiste to, co obiektywizujemy: elementy świadomości, realne fakty. Przecież katastrofa miała być. Bo po to zorganizowano zajście (radiostacja, kominiarki, kamień etc.)?

Czy wyjaśnili sprawcy, co zrobiliby po wypadku? Pogotowie, opatrunki, pomoc – nie! Nie ma! A więc co? Pękala wyjaśnia: benzyna i podpalenie. Czy można mówić tu o zamiarze ewentualnym? Nie, bo świadomość sprawców przewidywała tylko ewentualność szczęśliwego wyjścia, wbrew zamiarom, z opresji pokrzywdzonych. Ale my, obiektywizując, weryfikując twierdzenia oskarżonych, możemy postawić tezę, że sposób działania, użyte środki, doświadczenie oskarżonych i sytuacja życia pasażerów samochodu „Golf”, delicti – to skończyło się na usiłowaniu, na przerwaniu iter, z przyczyn od sprawców niezależnych.

No, i proszę Sądu – worki! Dwa! I kamienie zabrane do Gdańska. Po co?

Musimy na to pytanie odpowiedzieć przez pryzmat zdarzeń z dnia 19 października 1984 r. Worki? Po co? Nie możemy inaczej. Bo po cóż wozić 40 kg kamieni i dwa worki? Po co? Musimy na to spojrzeć przez pryzmat tamy we Włocławku. Nie możemy inaczej. To dowód pośredni, ale mocny, drastycznie mocny, istniejący! O zabraniu tych worków (dwóch) do Gdańska mówi tak Pękala, jak i Chmielewski. Jeżeli Pękala mówi: godziłem się na to, że Ksiądz „może umrzeć”, to my nie możemy przyjąć tych zdarzeń jako drogi do zamiaru ewentualnego. Bo my to godzenie musimy zmienić na zamiar dokonania. Bo godzenie to tylko jakby niechęć do zrobienia tego jako czynności nieprzyjemnej, lecz sposób działania wskazuje na kierunkowe, bezpośrednie działanie. Inna interpretacja nie byłaby logiczna z punktu widzenia doświadczenia życiowego i zasad logiki. Pękala mówi, że „Piotrowski twierdził, iż może być spowodowana śmierć”. To brzmi tak, że może być, ale nie musi.

Proszę Sądu, tam na szosie o 24 godzinie w dniu 13 października 84 r. pod osłoną nocy zadecydowano i wyrażono wolę działania z zamiarem bezpośrednim, aby pozbawić księdza Jerzego Popiełuszkę życia. Jednocześnie, jak gdyby adhezyjnie – przy okazji – życie miał postradać Waldemar Chrostowski i Seweryn Jaworski. No cóż, po prostu stan wyższej konieczności. Może byłoby lepiej, aby był tylko główny podmiot bandyckiej akcji. Ale jeżeli było dwóch, trzech – trudno: cel uświęca środki!

Czy ten moment raz jeszcze nie daje nam podstaw do konstatacji: jaki ogrom ładunku społecznego niebezpieczeństwa czynu, jaka cena ludzkiego istnienia, jaka nonszalancja! Postawmy pytanie: czy i do Waldemara Chrostowskiego oskarżeni mieli stosunek emocjonalny? Za jaką działalność? Za jakie poglądy? Aby i na jego życie próbować zamachu? No i raz jeszcze kamienie i worki. Znamy końcowy sposób użycia. Niczym młyńskie koło – przerażające! Wyniesione jakby z mroków średniowiecza. Otóż Pękala mówi: „Wydaje mi się, że zabraliśmy dwa worki, były to worki z kamieniami, zawiązane”. Były przygotowane na wypadek, gdyby wracały dwie osoby! Znamy funkcjonalną rolę worków z tej sprawy, znamy szybkość samochodu, wiemy o użyciu kamienia, wiemy o zamiarze spalenia. Czego jeszcze trzeba, by stwierdzić, iż był to zamierzony bezpośredni atak na życie osób jadących 13 października 1984 r. samochodem „Golf”!

Brak skutków nastąpił wbrew działaniom sprawców. Dlatego przystąpiono do akcji 19 października 1984. Po prostu kontynuacja zamiaru. To jeszcze jeden element potwierdzający zamiar z 13 października 1984 r. Inny problem związany z dniem 13 października 1984 r.: oskarżony Piotrowski twierdzi, że odstąpił od rzutu kamieniem, po prostu forsuje tezę o odstąpieniu od zamiaru – notabene, od jakiego zamiaru? Otóż, czy można to na tle innych dowodów uznać za wiarygodne? Analiza dowodów skłania do innej konstatacji, skłania do wyniku dowodzenia o tym, że oskarżony Piotrowski dokonał po prostu rzutu kamieniem.

Twierdzenie to opieram na:

1. Zeznaniach świadka Chrostowskiego w śledztwie, jak i na rozprawie. Dwukrotnie zeznał, iż widział zamach i wyrzut. Nie widział kamienia – to oczywiste i możliwe; sytuacja kierowcy, w jakiej znalazł się Chrostowski, nie pozwalała na obserwację szczegółów. Chrostowski ratował życie swoje i pasażerów, wykonał manewr wosoko oceniany przez napastników. Takie zeznanie nabiera cech wiarygodności przez brak szczegółów. Tak więc mamy zamach i wyrzut, choć nie widział kamienia Chrostowski. Nie mógł widzieć.

2. Wyjaśnienia oskarżonego Chmielewskiego są opisowe: podaje wielkość kamienia, wyjaśnia podział ról, mówi o dwóch workach z kamieniami. Przytacza rozmowy po zamachu jako rozmowy przepełnione rozczarowaniem przez brak efektów. Wprowadza element na rozprawie, że mieli pomóc ofiarom, lecz nie mówi jak, nie może wytłumaczyć przyczyn wzięcia kamieni, no i przede wszystkim nie podaje powodów zmiany wyjaśnień w tym przedmiocie.

3. Wyjaśnienia oskarżonego Pękali są przejrzyste w tym zakresie, zbieżne z zeznaniami Chrostowskiego. Przystępując do opisu zajścia z 13 października 1984 r., Pękala mówi: „Piotrowski mówił, że plan jest akceptowany, a nawet śmierć” – opisując narzędzia przestępstwa. Mówi o tym, iż Piotrowski powiedział, że jeżeli będzie więcej osób, to się zrobi wypadek i podpali samochód. Kapitalne stwierdzenie dotyczące wątpliwości tylko co do rozwoju sytuacji, a nie skutków! Nie możemy bowiem zamiaru ewentualnego umieszczać w figurze absurdalności. Wątpliwości powstają tylko na tle przewidywanych i niespodziewanych zdarzeń, które – zresztą – miały miejsce.

Pękala taką tezę potwierdza, kiedy mówi: „zamach się nie udał, bo kierowca wjechał na niego i ostatkiem zrobił manewr wyprzedzenia. Uznaliśmy, że to dobry kierowca, bo się umiejętnie zachował (…)”.

Wyjaśnienie całkowicie zbieżne z zeznaniami Chrostowskiego. Lecz jest jeszcze jeden argument zasadniczy: to, że był to nieudany zamach – to fakt. Że przy następnej, nadarzającej się okazji „polowanie” na księdza Jerzego Popiełuszkę jest kontynuowane – to też fakt o prowadzeniu [akcji] do końca. A więc nie było to odstąpienie, bo kontynuacja trwała, i nie można wobec powyższego przyjąć za wiarygodne twierdzeń oskarżonego Piotrowskiego o odstąpieniu, tam – 13 października 1984 r. Taką tezę zawiera zresztą pośrednio wyjaśnienie Pękali: „Stwierdziliśmy, że zamach się nie udał, że trzeba będzie jeszcze raz”. Tak się stało! To był zamach podjęty zamiarem bezpośrednim, zamach na życie jadących pasażerów.

Proszę Sądu, ani na moment nie zrezygnowano między 13 a 19 października. Nie zastanawiano się, dokąd to prowadzi. Zamiar jest kontynuowany, wzbogacany nowymi, przerażającymi, okrutnymi pomysłami – „polowanie” na Kapłana trwa!

To też komponent do ukształtowania końcowego orzeczenia wielkości społecznego niebezpieczeństwa czynu, ale nie tylko moment pozwalający nam – przechodząc do analizy zdarzeń z 19 października 1984 r. – stwierdzić, iż nie byłoby niedorzecznym uznać, iż ten zamiar zalegał, iż nie przewidziano iter delicti. Sprawcy posuwają się do celu – można powiedzieć – aż do tamy, aż do skoku Waldemara Chrostowskiego. Trudno – nie ma wyjścia: to obowiązek widzieć wszystko przez pryzmat pętli i tamy, bo to są momenty realnego skutku działań i one ułatwiają nam ocenę poszczególnych czynności wykonawczych. Tak też będę oceniać sytuację Waldemara Chrostowskiego w Górsku i w Przysieku w dniu 19 października 1984 r. Mamy tylko do czynienia z fazami realizacji powziętego zamiaru i nieobojętne będzie tu podtrzymanie tezy o kierunkowym działaniu w dniu 13 października 1984 r.

Otóż ten zamiar się utrzymuje. Pękala wyraźnie mówi o dwóch workach w dniu 19 października 1984 r., mówi precyzyjnie, jak były zawiązane, że posiadały długie końce sznurków. Wiemy, co to znaczy. Jakie mamy z tego prawo wyciągać wnioski? Biorąc pod uwagę dzień 13 października 1984 r. i te worki z końcami sznurów, już musimy stwierdzić, odwołując się do tamy, do mostu modlińskiego, że zamiar nie uległ zmianie. Lecz to mało. Uzupełnijmy to dowodami pośrednimi dotyczącymi zamiaru w dniu 19 października 1984 r. Pistolet w świadomości tak Chrostowskiego, jak – co ważniejsze – Pękali nabity, z magazynkiem, wymierzony w głowę Chrostowskiego, odbezpieczony. Wyraźna komenda, polecenie, aby strzelać na wypadek próby ucieczki. Jest to operowanie bronią w takiej sytuacji, która stwarzała realne niebezpieczeństwo utraty życia przez Chrostowskiego. Chrostowski jest już ze świadomością, iż utrata życia to kwestia czasu: ma knebel, kajdanki na rękach, pistolet na głowie.

Jaki jest zamiar sprawców? Wiemy już o 13 października 1984 r. i wiemy, że i tu są dwa worki specjalnie przygotowane. W momencie obezwładnienia Chrostowskiego używany jest pistolet. A więc bez skrupułów kontynuowany zamiar. Jeden z oskarżonych wypowiada zdanie, zawiązując knebel, iż czyni to po to, aby pokrzywdzony „nie darł się w ostatniej drodze”. Żart? Zastraszenie? Gdyby nie 13 października 1984 r., gdyby nie to, co stało się dalej, może moglibyśmy stawiać sobie te pytania, lecz tu zamiar zabójstwa rysuje się czytelnie.

Wzmocnijmy to: oskarżony Pękala wie o tym, że Chrostowski go może rozpoznać, widział go. Wiedzą o tym też pozostali sprawcy. No i te komendy, aby skręcać w przecinkę. Połączmy to z workami posiadającymi te końce sznurów. Zamiar jest jasny: zmierza do realizacji znamion przestępstwa, i to bezpośrednio. To, że Chrostowski był o tym przekonany, to wiemy dzisiaj na pewno, mówi: „Wiedziałem już, że z tymi panami nie ma co rozmawiać, że to zwykły bandycki napad i miałem świadomość, że jadę na rozwałkę”.

Przekonanie jest tak ogromne, iż zdobywa się na skok, o którym mówi, iż: „Świadomy byłem, że może ze mnie zostać mokra plama”. Czy również jesteśmy przekonani? Otóż tak! Pamiętamy, że czynności zabijania (do art. 148 k.k.) w stosunku do księdza Jerzego Popiełuszki już trwały, już miały miejsce. Już padły pierwsze razy pałki. Pamiętajmy, że Chrostowski był już raz „wytypowany” na śmierć. Pamiętajmy, że to, iż tak prędko oskarżeni zasiedli na ławie, tu, przed Sądem, to m.in. dlatego, iż on przeżył. On nie miał żyć w zamiarze sprawców. Wskazują na to przytoczone wyżej argumenty. Usiłowano go zabić! To znaczy dopuszczono się w Górsku w dniu 19 października przestępstwa z art. 11 § 1 k.k. w związku z art. 148 § 1 k.k.

Pragnę jednak w tym miejscu podnieść jeszcze jeden problem dotyczący sytuacji, w jakiej znalazł się Waldemar Chrostowski, i skutków prawnych, jakie ona winna powodować. Otóż – skok Chrostowskiego! Bardzo złożona i skomplikowana materia prawna. Skok na pewno niebywale niebezpieczny. W zasadzie skutki jego były fenomenalnie słabe. Można powiedzieć, iż graniczyły one z nieprawdopodobieństwem, z „cudem”. Jak to zakwalifikować prawnie? Czy ten skok ma tylko znaczenie jako akt przerywający zbrodnicze działanie, ratujący życie Chrostowskiemu? Czy jest czymś więcej i nie jest prawnie obojętny dla sytuacji oskarżonych? Otóż – to na skutek działań przestępczych oskarżonych Waldemar Chrostowski skacze i znajduje się w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Postawmy pytanie, idąc dalej niż to, co się stało. Jaką kwalifikację prawną należałoby stosować, gdyby Waldemar Chrostowski na skutek skoku mającego uratować mu życie – zginął? Co zresztą było bardziej prawdopodobne! Czy oskarżeni byliby odpowiedzialni za zabójstwo czy tak, jak obecnie, tylko za usiłowanie? Czy jeżeli ktoś realizuje swoje podmiotowe, niezbywalne prawo do życia, ratując je, przeciwdziałając aktowi agresji na to życie przez narażenie siebie, i ginie – to czy możemy uznać, że tu przerywa się związek przyczynowy? Czy to już tylko jego sprawa? Przecież motywacje do takiego desperackiego kroku powzięte są w toku działania sprawców wywołujących przekonanie o zamachu na życie ofiary. Ten problem nie jest obojętny współcześnie. Ta sprawa – to działanie terrorystyczne! Musimy ten związek przyczynowy rozciągnąć, aby takie sytuacje nie były prawnokarnie obojętne.

Kto stwarza dynamiczną sytuację, w której jedyną formą ratowania życia jest podjęcie ryzyka jego utraty – ten odpowiada za śmierć ofiary. To się daje umieścić tak w przyjętych jurydycznie koncepcjach do związku przyczynowego. Jak i wina w art. 7, która jest na tyle pojemna, iż zmieści stan faktyczny tej sprawy. To nie jest abstrakcja. Prawo karne musi sobie radzić z przejawami terroryzmu. Ci, co uprowadzają, porywają, maltretują, bezprawnie pozbawiają wolności, aby przestraszyć i poniżyć, z nienawiści, dla jakichś mglistych celów społeczno-politycznych lub innych – ci muszą być odpowiedzialni, póki ofiary są w ich rękach, za życie i zdrowie tych osób. Jeżeli zaś ofiary, ratując się, tracą życie lub zdrowie, to za tę śmierć lub inny uszczerbek są odpowiedzialni sprawcy.

W tym konkretnym wypadku nasz stan faktyczny zmieści się w związku przyczynowym w zakresie pojemności winy art. 7 k.k. i konstrukcji usiłowania art. 11 k.k. – lecz – de lege ferenda – warto stwierdzić, że czas, aby prawo karne uzupełnić przepisem nakładającym odpowiedzialność terrorystów-porywaczy w wypadku pozbawienia wolności, uprowadzenia za życie i zdrowie ofiar z odpowiednią sankcją karną, zrównaną w wypadku śmierci z sankcją art. 148 k.k

Konkludując – pomijając podane uprzednio momenty dotyczące kwalifikacji prawnej przestępczego zamachu na osobę Waldemara Chrostowskiego, trzeba stwierdzić, iż sam skok Chrostowskiego, to wywołany przez sprawców obiektywny dynamiczny układ, z którego rozwojem wiązało się znaczne prawdopodobieństwo nastąpienia śmierci. Oskarżeni w swym zamiarze generalnym taką sytuację przewidywali i godzili się na nią, zmierzając bezpośrednio do celu, jakim był skutek w postaci zabójstwa. A my nie możemy z tego wyciągać negatywnych ocen zachowania ofiary i korzystnych dla sprawców. Nie zapominajmy, że zgodnie z brzmieniem art. 22 k.k., pokrzywdzony Waldemar Chrostowski mógłby zabić sprawców, broniąc się. Wybrał jednak ryzyko utraty swojego życia. Bo to było tylko możliwe, gdy mówi: „Wiedziałem, że jadę na rozwałkę”.

Tak więc ten skok już sam w sobie mieści się w ramach zarzutu postawionego oskarżonym, iż usiłowali w Przysieku pozbawić życia Waldemara Chrostowskiego, i zarzut z kwalifikacją art. 11 k.k. w związku z art. 148 § 1 k.k. został w pełni udowodniony.

Jestem pełnomocnikiem pokrzywdzonego Chrostowskiego. W zasadzie to, co stało się po jego szczęśliwym, odważnym i ważnym w wielu aspektach skoku, już nie powinno wchodzić w zakres mojej analizy. Ale, proszę Sądu, jeszcze kilka uwag o tym, co było dalej, tylko o tyle, o ile dotyczy to oceny sytuacji prawnej związanej z Waldemarem Chrostowskim. Otóż nie jest bez znaczenia dla oceny zamiaru wobec Waldemara Chrostowskiego działanie sprawców wobec ks. Jerzego Popiełuszki.

Trzeba przyjąć, jak już zaznaczyłem, że sprawcy rozpoczęli czynności wykonawcze do art. 148 k.k., kiedy pokrzywdzony skoczył. Chrostowski staje się świadkiem i – co ważne – ogniwem tez dowodzenia bezpośredniego zamiaru zabójstwa ks. Popiełuszki. Tak, bezpośredniego! Pętla została założona na szyję żywego człowieka. Wrzucano do wody księdza Popiełuszkę natychmiast po dowiezieniu, w pośpiechu. Tak więc świadomość jest ewidentna, zamiar oczywisty. Waldemar Chrostowski miał być ofiarą „przy okazji”, ale ofiarą. Taka jest brutalna, przerażająca prawda o ludziach, którzy działali jak automaty, używając słów jednego z nich. Dla kryminologów, politologów, psychologów, socjologów pozostawiam pytanie: jak te automaty skonstruowano? A dla Pana Prokuratora – kto je uruchamiał?

Kończąc swoje wystąpienie, chcę poświęcić słów kilka Waldemarowi Chrostowskiemu. To mój klient, a nade wszystko ofiara i koronny świadek. Sąd miał możliwość dostrzec, że złożył on spokojne, opanowane wyjaśnienia. Myślę, że potrzeba tu publicznie stwierdzić, iż jest to człowiek prostolinijny, odważny i prawy. Jego wyjaśnienia nie zawierały ani cienia nienawiści wobec osób, które czyhały na jego życie. To smuga nadziei, wiary w człowieka i jego jednoznaczne postawy moralne i etyczne.

Problem kary! No cóż, my, adwokaci, którzy mogliśmy znaleźć się zrządzeniem profesjonalnego losu po przeciwnej stronie, mamy obyczaj, tradycję: nie ferować wyroków, nie oceniać, nie podnosić tych kwestii. Lecz w tej sprawie Sąd pozwoli na pozornie bez związku dygresję, dotyczącą wczorajszych wypowiedzi na temat kary w tej sprawie. Otóż norma – której rola społeczna nie budzi żadnej wątpliwości, służy ona bowiem potrzebie bezpieczeństwa, chroniąc dobro tak szczególnej wartości, jakim jest życie ludzkie – to norma „nie zabijaj”. Normę tę wypowiedzieć można w postaci zwyczajowej „nie zabijaj”. To postać zakazu, lecz można ją także sformułować w postaci nakazu zalecającego szacunek dla ludzkiego istnienia. Pod względem logicznym jest bowiem rzeczą raczej obojętną, czy operujemy zakazami czy nakazami. Uważam to ciągle za obowiązujące mnie. Nawet w tej sprawie, nawet wtedy, kiedy oskarżam, a nie tylko kiedy bronię.

To prawie wszystko. Jeszcze tylko, pro domo sua, jedno pragnienie: nigdy więcej! Nigdy wiecej! Niech polscy kapłani nie muszą wchodzić w historię Kościoła jako męczennicy!

[foto: AAF PAP, tekst opublikowany w: Palestra 11/12, 2008, za: Słowa oskarżenia i obrony w procesie w sprawie o uprowadzenie i zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki, (…), oprac. Jacek Ambroziak, Toruń 1985. (Drugi obieg) Teksty nieautoryzowane.]