Urodził się w Wiedniu w 1873 roku; był jednym z pięciu synów dr. Franciszka Hofmokla, sędziego Najwyższego Trybunału Sądowego i Kasacyjnego w Wiedniu, radcy dworu i członka tzw. Galicyjskiego Senatu dla spraw polskich. Od matki – Wilmy z Ślepowron Ostrowskich wziął się drugi człon jego nazwiska. Studia prawnicze ukończył we Lwowie. Tam też uzyskał stopień doktora praw. Następnie podjął pracę w krakowskim sądownictwie, studiując jednocześnie ekonomię na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Uzyskawszy stypendium na wyjazd zagraniczny, udał się do Londynu, gdzie odbył dwuletni staż w British Museum. Niewątpliwie zapoznał się wówczas z angielskim systemem sądowniczym, co wywarło duży wpływ na jego poglądy dotyczące pozycji oskarżonego w procesie karnym. W Austrii bowiem procedura karna tradycyjnie, niemal przez cały XIX wiek, preferowała interesy oskarżenia.

Widać to było wyraźnie już od czasu, gdy w 1904 otworzył w Wiedniu kancelarię adwokacką i wkrótce przebił się do czołówki tamtejszej palestry, uzyskując opinię adwokata niezwykle bojowego i skutecznego. Według tradycji rodzinnej to on właśnie był bohaterem incydentu, który na stałe wszedł do zasobu anegdot sądowych. Kiedy w czasie procesu Szmula Rozenkranca zirytowany prokurator przerwał Hofmoklowi-Ostrowskiemu słowami: – Mnie na to miejsce powołał sam Majestat cesarz Franciszek Józef!, ów ripostował spokojnie: – A mnie na to miejsce powołał Szmul Rozenkranc, ale on wiedział, co robi…

Już w jednej ze swych pierwszych obron – wspominał potem w bardzo osobistym pitavalu, gdyż takie od czasu do czasu ogłaszał – „minister sprawiedliwości żądał pociągnięcia mnie do surowej odpowiedzialności”. Przed Senatem dyscyplinarnym – pisał – „jednej tezy broniłem zawzięcie: że obrońcy pod żadnym pozorem szkodzić klientowi nie wolno, choćby pogwałcił nie wiem jakie obowiązki etyki, kurtuazji towarzyskiej, dyplomatycznej czy urzędowej… I teza ta zwyciężyła!”

Tezie tej był wierny przez całe swoje zawodowe życie. Za nic miał „kurtuazję towarzyską, dyplomatyczną i zawodową”. Gdy w 1936 roku bronił przed sądem w Sosnowcu Pawła Grzeszolskiego oskarżonego o otrucie żony i dwojga dzieci i ów został skazany w procesie wybitnie poszlakowym na karę śmierci, zgodnie z oczekiwaniami „opinii publicznej” – depeszę zapowiadającą apelację zaczął słowami: „W imię podeptanego prawa!…” Kosztowało go to 3 miesiące aresztu; miał szczęście, że objęła go amnestia. Sprawa Grzeszolskiego miała jednak tragiczny finał. Wprawdzie ryzykownie popędliwy w słowach mecenas apelację wygrał, to jednak Sąd Najwyższy uwzględnił kasację prokuratora i proces miał się rozpocząć od nowa. Oskarżony nie wytrzymał tej presji i popełnił samobójstwo razem ze swoją nową żoną…

Gdy obrońca Grzeszolskiego zmarł w 1963 roku, tak się złożyło, że w tym samym czasie ukazały się drukiem wspomnienia adwokata Mieczysława Jarosza, który poświęcił mu w nich specjalny rozdział dotyczący sprawy sądowej Zygmunta Hofmokla-Ostrowskiego „oskarżonego o usiłowane zabójstwo świadka na sali sądowej” (mecenas Jarosz był nawet jednym z dwu obrońców w tej sprawie).

Hofmokl-Ostrowski – wspominał autor pamiętnika – „był i jest skrajnym indywidualistą w swych poglądach na niezależność, uprawnienia i zadania obrońcy. Głosił, że obrońca mandat swój do obrony praw jednostki otrzymuje od tej samej zbiorowości, od której sąd swój do ferowania wyroków, a prokurator do ścigania przestępców. Pisał: «…Nazywają nas sługami prawa, współczynnikiem wymiaru sprawiedliwości – i stąd wyciągają wniosek, że i naszym zadaniem baczyć, aby zbrodnia była ukarana i że zadanie to tak daleko sięga, że wolno nam zlekceważyć i tajemnicę zawodową, i zaufanie klienta. Jest to fałsz oczywisty i czas już porzucić owe hasła o sługach prawa itp., albo objaśnić ogół, że rola obrońcy diametralnie różni się od roli sądu i prokuratora. Tamci czuwać mają z polecenia społeczności nad jej bezpieczeństwem, obrońcy z tego samego polecenia nad bezpieczeństwem jednostki w przeciwstawieniu do bezpieczeństwa całości i dlatego cytowałem w swoim czasie (w przedmowie do pitavala «Contessa Mizzi» z 1923 roku – S. M.) trafne zdanie, że obrońca ma urząd, a nie opinię, a urząd ten tak pojmować należy, że nie prawda materialna, wyższy postulat wymiaru sprawiedliwości jest jego wytyczną, ale jedynie i wyłącznie interes klienta, któremu sprzeniewierzyć się nie wolno!»”. Pytanie: czy mecenas Hofmokl-Ostrowski już od swej młodości był „skrajnym indywidualistą”, czy raczej wyprzedzał swój czas, wydaje się pytaniem retorycznym.

W czasie pierwszej wojny światowej służył w armii austriackiej jako podporucznik artylerii konnej. Potem, w obronie Lwowa, brał udział jako kapitan wojsk polskich i odznaczony został Krzyżem Walecznych.

Po wojnie otworzył, jako adwokat krakowski, kancelarię adwokacką w Warszawie. Bronił głównie w sprawach karnych i chociaż miał liczną klientelę – nie wpisano go na listę warszawską; nastąpiło to dopiero na dwa lata przed drugą wojną. Stało się tak najpierw ze względu na zbyt duży napływ do stolicy palestrantów z Galicji, a potem chyba odmawiano mu wpisu z powodu licznych „dyscyplinarek” i zbyt kontrowersyjny – zdaniem wielu – sposób działania.

Na początku stycznia 1922 roku mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski mocno zaangażował się w obronę podchorążego z komisji likwidacyjnej I Armii, Jana Zawidowskiego. Znany on był w kręgach utracjuszy stolicy jako Alfred hr. Zawidowski i stanął przed Wojskowym Sądem Okręgowym oskarżony – jak pisał „Kurier Poranny” – „o krociowe sprzeniewierzenia”. Ponieważ od 1 sierpnia 1919 roku obowiązywała ustawa (tzw. sierpniowa; „marcowa” z następnego roku rozciągnęła jej restrykcje na urzędników) przewidująca karę śmierci wobec tych wojskowych, którzy dokonali kradzieży lub sprzeniewierzenia mienia dostępnego lub powierzonego, oszustwa, przyjęcia podarunku lub innej korzyści materialnej, a nawet jej obietnicy – przed Janem Zawidowskim stała bardzo wyraźna perspektywa, że stanie przed plutonem egzekucyjnym.

W śledztwie ustalono, w jaki sposób przehulał powierzone sobie pieniądze. Otóż kwotę 155 tys. marek polskich w asygnatach pożyczki państwowej miał odwieźć do głównej kasy wojskowej. Po drodze wstąpił jednak do baru „Pod Bachusem”, a stamtąd pojechał na wyścigi, wymieniwszy przedtem 60 tys. mk pożyczki na 30 tys. w gotówce. Część pieniędzy przegrał na wyścigach, potem zapłacił za kolację w „Polonii”, na którą zaprosił kilku oficerów i jakieś kobiety. Następnie pojechali do lunaparku „Olgi”, gdzie nie mając już gotówki, płacił asygnatami. Resztę wydał w dwa dni później w „Sielance” za Belwederem, gdzie całą noc hulał w większym towarzystwie, płacąc oczywiście rachunki i pożyczając pieniądze kolegom. W podobny sposób przehulał i czek na 250 tys. mk, zamieniwszy go na gotówkę; kupił też żonie biżuterię.

Oskarżony przyznał się do winy, zaprzeczył jednak, że sprzeniewierzył znaczną część kwoty (w toku procesu prokurator się zresztą z tego zarzutu wycofał). Wyjaśnił, że działał pod wpływem alkoholu, nie zdając sobie zupełnie sprawy z konsekwencji. Liczył zresztą na to, że żona pokryje każdy niedobór, co się zresztą stało.

Świadkowie zeznali, że oskarżony był bardzo dobrym towarzyszem. Po wypiciu wódki – stwierdził jeden z nich – „stawał się powolnym narzędziem w ręku każdego obcego i temu przypisać należy jego lekkomyślne postępki”. Inny dodał do tego, że „każdym zachciankom momentalnie czynił zadość”. Artysta teatru „Nowości” zeznał, że parę razy był na śniadaniu z podsądnym i uważał go za człowieka bardzo majętnego; miał ponoć własny powóz. Alkohol działał na „hrabiego” przygnębiająco i powszechnie nazywano go „głupim Fredziem”. Kolega-wojskowy powiedział wręcz, że oskarżonego „miał za nienormalnego, gdyż nosił epitet głupiego hrabiego od płacenia”.

Obrońca w swym wystąpieniu podkreślił „niegodne ludzi przyzwoitych czyny świadków, którzy w dużej mierze zaważyli na losach oskarżonego” i wniósł o powołanie biegłych psychiatrów „celem ustalenia stanu umysłowego oraz wpływu alkoholu na intelekt oskarżonego”. „Sąd wojskowy – wołał – w przededniu zapewnionego ustawodawczo zniesienia hańbiącej nas wobec Europy ustawy sierpniowej nie zechce chyba wziąć na swe sumienie jeszcze jednego życia ludzkiego”.

Sąd przychylił się do wniosku o powołanie biegłych i zarządził uzupełnienie śledztwa. W połowie lutego sąd wznowił postępowanie. Biegli orzekli, że oskarżony „jest zdrowy umysłowo i rozumie znaczenie swych czynów, choć mieści się w nich megalomania pseudoarystokracji, która pod wpływem alkoholu, morfiny, kokainy i złego otoczenia przybiera konkretne formy zewnętrzne chorobliwego działania jako wielkiego pana rozrzucającego, bez chęci zysku osobistego, pieniądze”. „Okoliczność ta – napisano w konkluzji – wpłynęła ujemnie na poczytalność oskarżonego i stanowi poważną podstawę do zastosowania okoliczności łagodzących”.

Sąd uznał winę oskarżonego i skazał go „na łączną karę śmierci przez rozstrzelanie”. Ustawa sierpniowa – powiedziano w uzasadnieniu wyroku – obowiązuje ze wszystkimi konsekwencjami, przepisuje kategoryczną karę śmierci bez uwzględnienia żadnych okoliczności łagodzących. Mogą być one tylko wskaźnikiem przy ewentualnym zastosowaniu drogi łaski przez Naczelnika Państwa.
Adwokat Hofmokl-Ostrowski dwoił się i troił, by ubłagać Piłsudskiego. Na nic się jednak zdała nawet pomoc ze strony kilku posłów, m.in. księży i kapelana Naczelnika. Wyrok został wykonany.
„Hrabia” w pełni dorósł do swej roli: nie dał sobie przewiązać oczu, stanął na baczność, zasalutował… i w tym momencie padła salwa. W miesiąc po jego śmierci zniesiono ustawę z 1 sierpnia 1919 roku, która zawiodła zupełnie nawet jako „straszak”. O ile bowiem same tylko sądy wojskowe skazały w 1920 roku za przestępstwa z chęci zysku 7 oficerów i 17 szeregowców, to już dwa lata później za takie same przestępstwa wydano 19 wyroków śmierci na oficerów i 74 na szeregowców!

W lutym 1931 roku przed Wojskowym Sądem Okręgowym stanął major Kazimierz Kubala, lotnik niezwykle popularny, jako że dwukrotnie próbował przelecieć Atlantyk. Oskarżono go o pisanie anonimów szkalujących działalność szefa Departamentu Lotnictwa Ministerstwa Spraw Wojskowych płk. Ludomiła Rayskiego i rozsyłanie ich różnych osobom. Pisał je na służbowej maszynie, co potwierdziła analiza pisma. Skazano go na rok więzienia i wydalenie z korpusu oficerskiego.

W drugiej instancji, przed Najwyższym Sądem Wojskowym majora bronił właśnie Hofmokl-Ostrowski. Dowodził, że pisał on swe memoriały w trosce o dobro lotnictwa, ujawniając mnóstwo zaniedbań. Żądał przeprowadzenia dowodu prawdy, że zarzuty w nich przedstawione są zgodne z rzeczywistością, do czego w żaden sposób nie chciał dopuścić przewodniczący rozprawie generał Emil Mecnarowski. Wielokrotnie przerywał obrońcy, odbierając mu wreszcie głos. Po tej sprawie udzielono mu nagany.

Mecenas Hofmokl-Ostrowski uzyskał tylko tyle, że sąd obniżył karę do siedmiu miesięcy więzienia, nie zmieniając decyzji o wydaleniu z wojska. Kubala złożył prośbę do prezydenta o ułaskawienie, ale czy odniosła ona skutek – nie udało się ustalić.

Nagana udzielona mec. Hofmoklowi-Ostrowskiemu stała się jedną z przyczyn utraty prawa występowania przed Temidą w wojskowym mundurze. „Zdolny obrońca, świetny mówca, ale obdarzony nieprawdopodobnie gwałtownym temperamentem postrach wszystkich sędziów i prokuratorów” – taką opinię o tym enfant terrible palestry pozostawił jego kolega, prokurator Olgierd Missuna, późniejszy adwokat i autor Pitavala literackiego. Nic więc dziwnego, że na sali sądowej często dochodziło do incydentów z jego udziałem, a oskarżyciele publiczni, którym często dopiekał, robili, co mogli, by go wyeliminować w ogóle z palestry.

Okazję taką stworzyła wypowiedź Hofmokla-Ostrowskiego podczas procesu wytoczonego redaktorowi „Prosto z mostu” Stanisławowi Piaseckiemu. Szło w nim o to, że senator i pisarz Wacław Sieroszewski opowiedział się za Berezą Kartuską, redaktor zaś mocno skrytykował tę wypowiedź. Broniąc go w dniu 10 czerwca 1936 roku adw. Hofmokl-Ostrowski miał powiedzieć: „Berezę Kartuską zarządzić mógł tylko tchórz”, w czym prokuratura dopatrzyła się znieważenia sądu i obrazy rządu, a Piłsudskiego w szczególności, jako że to Marszałek podpisał natychmiast po zabójstwie Pierackiego akt ustanowienia tego swoistego obozu koncentracyjnego.

Mecenas o niewyparzonym języku natychmiast znalazł się w celi na Mokotowie, w której przesiedział – jak sam skrupulatnie wyliczył – 300 godzin. Wywołało to liczne protesty, nawet w prasie lokalnej. „Na jakiej zasadzie – pytała ustami «jednego z najwybitniejszych polskich prawników» katowicka «Polonia» – zastosowano w tym wypadku w stosunku do adwokata Hofmokl-Ostrowskiego areszt zapobiegawczy?” Artykuł „Polonii” , analizujący obowiązujące przepisy – natychmiast przedrukował „Kurier Warszawski” (nr 214). Jedynie Naczelna Rada Adwokacka, najbardziej powołana do protestu, ale „cięta” na niesfornego kolegę, wymownie milczała. Natychmiast wytknęły jej to „Szpilki” stosownym rysunkiem z podpisem: „Zd-rada Adwokacka”.
W lipcu „antyrządowiec” czy też „antyberezowiec”, co w owym czasie wychodziło na jedno, stanął przed sądem grodzkim (oddział XIII). Bronili go adwokaci: brat Wilhelm i syn – również Zygmunt. Oskarżony zaprzeczył, by miał użyć inkryminowanego sformułowania. Przyznał tylko, że w replice adw. Józefowi Wasserbergerowi, który wspominał Piłsudskiego, powiedział: „Berezę Kartuską wymyślić mógł tylko tchórz, a marszałek Piłsudski tchórzem nie był”. Zadeklarował się również jako admirator Marszałka i przyjaciel rządu; zresztą – oświadczył – tamten, który stworzył Berezę, dawno już odszedł w przeszłość, nie mógł więc go obrazić. Zresztą – dodał – na rząd Witosa nie takie rzeczy wygadywano i nikt nie był pociągany do odpowiedzialności.

Sąd był jednak innego zdania i skazał mecenasa, chyba bardziej „za całokształt” – co podkreślono w uzasadnieniu – niż za tę konkretną wypowiedź, na 3 miesiące aresztu. Pozbawiono go też prawa wykonywania zawodu przez 10 lat. Odwołały się obie strony: prokurator Władysław Żeleński, bo żądał pół roku więzienia, i oskarżony, wnosząc o uniewinnienie.

W Sądzie Okręgowym, gdzie sprawa trafiła w drugiej połowie września 1936 roku, oskarżony bronił się już sam, i to bardzo wymownie, bo proces przeciągnął się na trzy pełne dni. Samo „ostatnie słowo” wygłaszał prawie przez cały dzień. Redaktorzy „Prosto z mostu”, którym opinia wyrażona przez ich obrońcę mocno przypadła do gustu, zamieścili ją w sprawozdaniu sądowym „w wersji prokuratorskiej”; numer ten zresztą, jak oświadczył Piasecki, został skonfiskowany.

Najbardziej bronili pyskatego adwokata obiektywni świadkowie: sędziowie uczestniczący w procesie red. Piaseckiego. Sędzia Koziełł-Poklewski – bohater najlepszych anegdot krążących po sądowych bufetach – członek kompletu rozstrzygającego sprawę, zeznał, jak wypłynęła wówczas kwestia Berezy. Właściwie – oświadczył – wszczął ją adw. Wasserberger, oświadczając, że jest przeciwny obozowi i nie pochwala jego utworzenia. Na to – ciągnął sędzia – mec. Hofmokl-Ostrowski powiedział, iż cieszy się, że Wasserberger podziela jego poglądy. Wówczas Wasserberger – relacjonował Koziełł-Poklewski – podkreślił, że celowość tego zarządzenia była uznana przez najwyższe czynniki w państwie, m.in. przez ś.p. Marszałka. Wywołało to replikę, że niepotrzebnie przywołuje się cień Marszałka, gdyż na pewno nie on to wymyślił, bo wymyśleć Berezę mógł tylko tchórz, a Piłsudski tchórzem nie był. Słowa „zarządzić” nie słyszałem – dodał na koniec sędzia, też pewnie wielki przeciwnik Berezy.

Z kolei wiceprezes Martysz, który przewodniczył tamtej rozprawie, wyraził przekonanie, że adw. Hofmokl-Ostrowski był podekscytowany wystąpieniem adw. Wasserbergera, który zupełnie niepotrzebnie przywołał Marszałka, i że inkryminowane słowa mogły mu się wyrwać bez złej myśli.

Przemówienie oskarżycielskie prok. Władysława Żeleńskiego, bratanka Boya, trwało bite dwie godziny. Proces – stwierdził – ma duże znaczenie dla całego społeczeństwa. Chodzi o to, aby oskarżony odczuł rozmiar wyrządzonej szkody, aby się zreflektował. Omawiając po kolei wszystkie sprawy, których mecenas miał kilka, stwierdził, że popełnia on przestępstwa nałogowo. Domagając się wysokiego wymiaru kary, stwierdził na koniec, że jest rzeczą obojętną, który rząd był u steru, gdy tworzono Berezę, gdyż urząd prokuratorski swą ochroną obejmuje wszystkie rządy, zwłaszcza że wszystkie od 1926 roku mają charakter ciągły.

Wystąpienie oskarżonego było jeszcze dłuższe. Też omówił szczegółowo wszystkie swoje procesy i niczego nie żałuje. W tej sprawie – powiedział na koniec – wszystko polega na nieporozumieniu, bo on nikogo nie chciał obrazić. Nieraz adwokat musi natychmiast użyć takich zwrotów, których po namyśle może by nie użył. Ale dobro klienta wymaga nieraz natychmiastowej riposty. Mocno podkreślił dane statystyczne: na 3 tys. oskarżeń prokuratorskich – dwie trzecie kończy się wyrokiem uniewinniającym. Podczas jego przemówienia prokurator kilkakrotnie prosił o zaprotokołowanie pewnych sformułowań. Czyżby już myślał o kolejnym procesie?

Po godzinie 12 w nocy, a więc już 29 września, sędzia Dąbrowo odczytał wyrok: miesiąc aresztu i zawieszenie na dwa lata w praktyce adwokackiej. Nic nie wiadomo o tym, by oskarżony tę karę odbył. Przedtem, 25 lipca, za ujawnienie szczegółów rozprawy tajnej w napisanych przez siebie sprawozdaniach sądowych dla kilku pism – sąd grodzki w innym już oddziale skazał go na grzywnę w wysokości 1300 zł z zamianą w razie niemożności ściągnięcia na 6 tygodni aresztu. Wyrok ten zadowolił i prok. Żeleńskiego, i mecenasa-skandalistę. Może więc Rada Adwokacka nie bez powodu go tak sekowała?

Nie udało się jednak wyeliminować go z palestry nawet prokuratorowi Żeleńskiemu, mimo że ów cieszył się sławą oskarżyciela wybitnie utalentowanego i dynamicznego. Taką opinię o nim można wyczytać we wspomnieniach mecenasa Olgierda Missuny, który do tych ogólnikowych komplementów dodał zdanie, iż przemawiał „piękną polszczyzną i w sposób porywający, i należał niewątpliwie do najlepszych mówców procesowych, jakich zdarzyło mi się słyszeć”. W starciu z Hofmoklem-Ostrowskim wypadł jednak drętwo, a i sympatia słuchaczy była po stronie oskarżonego mecenasa; może dlatego sprawę wyznaczono w najmniejszej salce sądu grodzkiego?

Na nic się zdało, że Żeleński powołał się na głośną ponad dziesięć lat temu, a najbardziej obciążającą niepoważnego – jego zdaniem – mecenasa sprawę „strzałów w sądzie”; obiegła ona wówczas całą niemal prasę, nawet światową. Warto więc na koniec omówić ją tutaj chociażby pokrótce.

Zacząć należy od tego, że w tamtych czasach honoru oficerskiego broniono nie tylko w pojedynkach, ale czasem nawet w sposób zbrodniczy. Głośny był casus kapitana Stefana Pawlikowskiego, który zastrzelił na miejscu taksówkarza Henryka Stróżkę, gdy ów odważył się odpowiedzieć „sam jesteś łobuz” na taki właśnie epitet, jakim obdarzył go lotnik; wyrok: 3 lata więzienia. Parę lat wcześniej kapitan Jarecki zastrzelił swego szwagra, por. Głogowskiego, gdy ten go spoliczkował w kasynie oficerskim. Sąd Wojskowy pod przewodnictwem pułkownika Józefa Dańca, późniejszego generała, szefa sądownictwa wojskowego i jego naczelnego prokuratora, przyjął, że nastąpił tu „stan obrony koniecznej wobec uderzenia w twarz” i kapitana uniewinnił.

Sprawę adwokata Hofmokla-Ostrowskiego (kapitana rezerwy!) rozpoznawał Sąd Okręgowy w Warszawie w Wydziale VIII Karnym w dniach 16 i 17 listopada 1925 roku. Oskarżony został o to, że 24 kwietnia tego samego roku, między godziną 7 a 8 wieczorem na sali posiedzeń Sądu Okręgowego w Warszawie, działając w zamiarze pozbawienia życia Antoniego Jędruszaka, sześciokrotnie strzelił do niego z rewolweru systemu „browning”. Oskarżony przyznał się do winy.

Z zeznań świadków wynikało, że w przededniu owego dnia w czasie przerwy w rozprawie sądowej nazwał jednego z występujących w procesie świadków – właśnie owego Jędruszaka, oficera „defensywy” – prowokatorem. Usłyszeli to obecni w sądzie jego koledzy – inni oficerowie – i poinformowali o zniewadze zainteresowanego. Ów zaś, spotkawszy nazajutrz mecenasa na skwerze przed sądem, wymierzył mu siarczysty policzek. Zaraz po tym incydencie ofiara oficerskiego poczucia honoru pożyczyła od kolegi rewolwer nabity sześcioma kulami i udała się do sądu. Tu Hofmokl-Ostrowski bronił w sprawie, w której Jędruszak miał właśnie zeznawać.

Gdy przewodniczący składu wezwał go na salę i ów szedł w stronę sędziowskiego stołu, zelżony mecenas wyciągnął broń z kieszeni i wypalił w kierunku Jędruszaka. Ten schował się za kolumną, a wtedy Hofmokl-Ostrowski opróżnił cały magazynek, nie trafiając jednak nikogo. Świadkowie zeznali potem, że w czasie oddawania strzałów „był silnie podniecony”. Sąd wziął pod uwagę, że oskarżony „zamierzonego zabójstwa nie dokonał z powodu okoliczności od swej woli niezależnych”, a czynu dopuścił się „pod wpływem silnego wzruszenia psychicznego wywołanego ciężką zniewagą ze strony Jędruszaka”. Wprawdzie było to spowodowane obraźliwym odezwaniem się podsądnego o Jędruszaku – stwierdził sąd w uzasadnieniu wyroku – to jednak obraza ta była wypowiedziana w jego nieobecności, a „kodeks honorowy nie wymagał tej formy zadośćuczynienia obrażonemu honorowi żołnierskiemu”. Chociaż Jędruszak nie został ranny – napisano dalej – to jednak „podsądny dopuścił się tego wszystkiego będąc adwokatem i na stanowisku obrońcy – w sali sądowej i podczas zajęć urzędowych sądu; dopuścił się tym obrazy sądu, a więc urzędu państwowego czyli nieposzanowania władzy. Musi to i powinno być brane pod uwagę przy wymierzaniu winnemu kary”. Wyrok brzmiał: zamknięcie w twierdzy na rok jeden. Skazany wniósł apelację. Pisał w niej: „Jeżeli zamiar istniał – jak twierdzi wyrok – a nie wykonano go, to działał człowiek zupełnie nieprzytomny, który nawet tak łatwej rzeczy nie zdołał wykonać”. W konkluzji wnosił o uniewinnienie, powołując się na stan wyższej konieczności.

Sąd Apelacyjny zatwierdził wyrok I instancji. W wyniku skargi kasacyjnej Sąd Najwyższy uchylił jednak to rozstrzygnięcie i przekazał sprawę do ponownego rozpoznania przez Sąd Apelacyjny. Oskarżony przebywał za kaucją na wolności i w tym czasie postawiono go przed sądem „na zasadzie meldunku defensywy, że obraził oficera w sali sądowej, nazywając go prowokatorem”. Sąd Pokoju XII Okręgu wydał jednak wyrok uniewinniający.

W dniu 21 kwietnia 1927 roku Sąd Apelacyjny uchylił zaskarżony wyrok Sądu Okręgowego i skazał mecenasa Zygmunta Hofmokla-Ostrowskiego na siedem dni aresztu. Groziło mu jeszcze postępowanie dyscyplinarne i prawdopodobieństwo usunięcia z grona palestry, do czego jednak nie doszło. Był zbyt dobrym adwokatem, by nie zdołał wybronić sam siebie.
Dlatego też miewał licznych klientów „z najwyższej sądowej półki”. Między nimi znalazł się i sławny „król warszawskich kasiarzy” – Stanisław Cichocki przezywany „Szpicbródką” (bronił go w czerwcu 1932 roku, razem z bratem Wilhelmem, też adwokatem; adwokatem był też jego syn – także Zygmunt oraz córka Gabriela Mycielska), i Władysław Mazurkiewicz, wielokrotny zabójca, którego bronił w sierpniu 1956 roku w Krakowie, gdzie wrócił po ostatniej wojnie.

Był wierny dewizie sformułowanej na początku swej drogi w cytowanej już „Contessie Mizzi”: „Adwokat może podjąć się obrony w każdej sprawie, bez względu na jej charakter i motywy, i szkodę wyrządzoną przez przestępstwo (…) Czysta lub nieczysta może być sprawa tylko po stronie klienta, nigdy po stronie adwokata”.

foto:  Zygmunt Hofmokl-Ostrowski, adwokat. Fotografia portretowa (w meloniku).
Data wydarzenia: 1934
Zakład fotograficzny:
Sygnatura: 1-B-299
Archiwum NAC
Major WP pilot Kazimierz Kubala ze swoim obrońcą adwokatem Zygmuntem Hofmokl-Ostrowskim w czasie przerwy w kuluarach Najwyższego Sądu Wojskowego.
Data wydarzenia: 1931-04-10
Miejsce: Warszawa
Osoby niewidoczne:
Hasła przedmiotowe: wojsko, sądownictwo,
Inne nazwy własne: Najwyższy Sąd Wojskowy,
Zakład fotograficzny:
Autor:
Sygnatura: 1-W-756-3
Proces przeciwko majorowi Kazimierzowi Kubali w Najwyższym Sądzie Wojskowym
Ogólny wodok sali rozpraw w Najwyższym Sądzie Wojskowym w warszawe. Widoczni trzej członkowie Trybunału: płk K.S Saski (z prawej przewodniczącego), przewodniczący rozprawy gen. Emil Mecnarowski (w środku) oraz płk K.S. Lubodziecki (referent sprawy). Pierwszy z prawej oskarżony major Kazimierz Kubala oraz jego obrońca adwokat Zygmunt Hofmokl-Ostrowski (pod portretem Prezydenta RP ).
Data wydarzenia: 1931-04-10
Zakład fotograficzny:
Zespół: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji
Sygnatura: 1-W-756-2